Czwartego
dnia grudnia przyjechałam na izbę przyjęć. W czarnej za dużej
bluzie, krzywo obciętej grzywce, z wielką torbą i bez emocji.
Wiedziałam co nadejdzie. Nie znałam jeszcze dokładnej formy, ale
wszystkiego można było się spodziewać. Chwila oczekiwania,
kolejna rozmowa z psychiatrą i nagle żegnajcie rodzice, pora wejść
za te ciężkie, żelazne drzwi i nie wiadomo kiedy wyjść.
Przed
wejściem na oddział zostałam ogołocona z połowy moich rzeczy.
Nie ma nawet co marzyć o maszynce do golenia, kolczykach,
dezodorancie w sprayu, ba! Nawet lakierze do paznokci!
To
nie to samo co na filmach, tutaj nie dostajesz czystej, świeżej
białej piżamy. Tutaj nie ma bieli i czystości. Tutaj izolują cię,
owszem, ale nie dają ci zapomnieć o tym, że świat poza szpitalem
także istnieje. Tutaj nie ma nic specjalnego, tutaj miałam żyć
ja.
Wchodząc
na oddział czułam dziwny chłód. I znów zobojętnienie, ono było
ze mną prawie non stop. Długi zbyt żółty od ścian i światła
korytarz z kilkoma tylko pokojami miał być teraz dla mnie domem. I
nowi ludzie, nowe życie, nowe życie zwracające uwagę na to stare,
które razem z wejściem tu częściowo przestaje istnieć.
Jedna
z pielęgniarek kazała mi usiąść na krześle i czekać. Czekałam
więc, znów. Było pusto, poza dwoma, trzema dorosłymi
pielęgniarzami nie było nikogo. Zastanawiałam się, gdzie mogą
być pacjenci skoro to szpital, gdzie się pochowali? Przyglądałam
się temu co na około. Wielki plakat z napisem „Pomysły na
weekend”, a na nim pierwszą pozycję zajmowała propozycja –
wisielec i w nawiasie było sprostowanie, że chodzi o zgadywankę.
Ci wariaci muszą mieć dobre poczucie humoru, no cóż. Poza tym
przy stołówce była niedziałająca lodówka, jakieś kartki z
regulaminem co wolno, a czego nie i masa ketchupu. Po co ten ketchup?
Przez długi czas sama nie wiedziałam.
Nie
minęło dużo czasu i pierwsze osoby zaczęły się wyłaniać ze
swoich jamek, niczym robaki po deszczu. To było straszne. Ludzie z
którymi miałam dzielić świat wychodzili z pokojów i zmierzali w
moją stronę, totalnie obcy, totalnie dziwni i totalnie straszni.
Jeden chłopak szedł spokojnym krokiem w stronę stołówki, gdzie
siedziałam. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że cały
czas coś do siebie szeptał i przeciągał palcem po ścianie. Miał
dziwny uśmiech i jakoś tak nie mogłam na niego patrzeć.
Minęła
chwila i poznałam kilka osób, radosne, śliczniechude dziewczyny
okazały się bardzo sympatyczne, dały mi kilka wskazówek w stylu
„Jak przetrwać?” i poszły na jeden z sześciu swoich ogromnych
posiłków. Ktoś kazał mi się przesiąść na obiedzie, bo
zajmowałam stolik anoreksji, a zdecydowanie się do niej nie
zaliczałam. Wszędzie były zasady, reguły, więcej niż w domu,
więcej niż gdziekolwiek, ucz się żyć tak jak my ci pokażemy.
Horror. Siedząc przy obiedzie, który mogłabym nazwać „Ziemniakami
na milion sposobów”, poznałam kolejną osobę.
- Hej, Arek, jestem na schizofrenie paranoidalną, a ty?
- Chyba każdy o to pyta... ataki paniki i myśli samobójcze.
- Spoko, smacznego.
Otwartość
ludzi tutaj była zaskakująca. Wstyd mi było za siebie, nienawidzę
dzielić się swoimi problemami z dużym gronem osób. Przynajmniej
problemami takiej wagi, a tu? Każdy to mówił, każdy się
wszystkim dzielił, nic nie trzeba było ukrywać. Mimo skali naszych
zmartwień tutaj one nie miały znaczenia, to było całkowicie
normalne, że ktoś ma zaburzenia żywienia, schizofrenie, depresje
czy myśli. To tylko zbliżało nas do siebie i ułatwiało rozmowę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz