piątek, 23 marca 2012

Oddział.


Czwartego dnia grudnia przyjechałam na izbę przyjęć. W czarnej za dużej bluzie, krzywo obciętej grzywce, z wielką torbą i bez emocji. Wiedziałam co nadejdzie. Nie znałam jeszcze dokładnej formy, ale wszystkiego można było się spodziewać. Chwila oczekiwania, kolejna rozmowa z psychiatrą i nagle żegnajcie rodzice, pora wejść za te ciężkie, żelazne drzwi i nie wiadomo kiedy wyjść.
Przed wejściem na oddział zostałam ogołocona z połowy moich rzeczy. Nie ma nawet co marzyć o maszynce do golenia, kolczykach, dezodorancie w sprayu, ba! Nawet lakierze do paznokci!
To nie to samo co na filmach, tutaj nie dostajesz czystej, świeżej białej piżamy. Tutaj nie ma bieli i czystości. Tutaj izolują cię, owszem, ale nie dają ci zapomnieć o tym, że świat poza szpitalem także istnieje. Tutaj nie ma nic specjalnego, tutaj miałam żyć ja.
Wchodząc na oddział czułam dziwny chłód. I znów zobojętnienie, ono było ze mną prawie non stop. Długi zbyt żółty od ścian i światła korytarz z kilkoma tylko pokojami miał być teraz dla mnie domem. I nowi ludzie, nowe życie, nowe życie zwracające uwagę na to stare, które razem z wejściem tu częściowo przestaje istnieć.
Jedna z pielęgniarek kazała mi usiąść na krześle i czekać. Czekałam więc, znów. Było pusto, poza dwoma, trzema dorosłymi pielęgniarzami nie było nikogo. Zastanawiałam się, gdzie mogą być pacjenci skoro to szpital, gdzie się pochowali? Przyglądałam się temu co na około. Wielki plakat z napisem „Pomysły na weekend”, a na nim pierwszą pozycję zajmowała propozycja – wisielec i w nawiasie było sprostowanie, że chodzi o zgadywankę. Ci wariaci muszą mieć dobre poczucie humoru, no cóż. Poza tym przy stołówce była niedziałająca lodówka, jakieś kartki z regulaminem co wolno, a czego nie i masa ketchupu. Po co ten ketchup? Przez długi czas sama nie wiedziałam.
Nie minęło dużo czasu i pierwsze osoby zaczęły się wyłaniać ze swoich jamek, niczym robaki po deszczu. To było straszne. Ludzie z którymi miałam dzielić świat wychodzili z pokojów i zmierzali w moją stronę, totalnie obcy, totalnie dziwni i totalnie straszni. Jeden chłopak szedł spokojnym krokiem w stronę stołówki, gdzie siedziałam. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że cały czas coś do siebie szeptał i przeciągał palcem po ścianie. Miał dziwny uśmiech i jakoś tak nie mogłam na niego patrzeć.
Minęła chwila i poznałam kilka osób, radosne, śliczniechude dziewczyny okazały się bardzo sympatyczne, dały mi kilka wskazówek w stylu „Jak przetrwać?” i poszły na jeden z sześciu swoich ogromnych posiłków. Ktoś kazał mi się przesiąść na obiedzie, bo zajmowałam stolik anoreksji, a zdecydowanie się do niej nie zaliczałam. Wszędzie były zasady, reguły, więcej niż w domu, więcej niż gdziekolwiek, ucz się żyć tak jak my ci pokażemy. Horror. Siedząc przy obiedzie, który mogłabym nazwać „Ziemniakami na milion sposobów”, poznałam kolejną osobę.
  • Hej, Arek, jestem na schizofrenie paranoidalną, a ty?
  • Chyba każdy o to pyta... ataki paniki i myśli samobójcze.
  • Spoko, smacznego.
Otwartość ludzi tutaj była zaskakująca. Wstyd mi było za siebie, nienawidzę dzielić się swoimi problemami z dużym gronem osób. Przynajmniej problemami takiej wagi, a tu? Każdy to mówił, każdy się wszystkim dzielił, nic nie trzeba było ukrywać. Mimo skali naszych zmartwień tutaj one nie miały znaczenia, to było całkowicie normalne, że ktoś ma zaburzenia żywienia, schizofrenie, depresje czy myśli. To tylko zbliżało nas do siebie i ułatwiało rozmowę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz