niedziela, 1 kwietnia 2012

umieralnia.


Dziwne jest życie w miejscu, w którym wiesz, że masa osób chciała zakończyć swoje. Często słyszysz o przypadkach strasznie zdesperowanych i chorych, a czasami nawet z nimi przebywasz. W szpitalu, na oddziale, w którym przebywałam znane były głównie dwa skrajne przypadki. Jednym z nich była pewna dziewczyna, która się powiesiła. Pewnie ciekawi jesteście jak, skoro zabierali nam wszystkie niebezpieczne rzeczy. Ona zrobiła to pod prysznicem, nie wiadomo czy była wtedy z kimś czy sama, ale samobójstwo było zakończone powodzeniem. Teraz my, żyjąc tam, idziemy pod tamten prysznic, myjemy się tam, rozmawiamy, palimy, a z tyłu głowy pozostaje nam tylko ta chora świadomość.
Nie dziwie się, że szpitale nazywa się potocznie umieralniami, życie w nich jest traumatyczne. Jest ciężko i nie jesteś w stanie uwolnić się od innych ludzi, ani na moment nie możesz zostać sam. Inną sytuacją, która nie wiem jak dokładnie się zakończyła była historia pewnego chłopaka, który na spacerze, przy pielęgniarkach, przy innych pacjentach najzwyczajniej wbiegł pod samochód. Mimo że próby są różne, a personel szpitalu stara się wszystko utrudnić to nic nie jest niewykonalne. Podczas mojego pobytu liczne osoby się pocięły. Niektórzy byli w stanie rozbić kubek, zdjąć żabki od zasłonek, szybkę z telefonu, cokolwiek. Byleby to zrobić, straszne.
Sama planowałam swoje samobójstwo w szpitalu. Po kilku dniach nie mogłam znieść tego co się tam działo, nie mogłam znieść też tego co działo się na zewnątrz, wiecznego użalania. Miałam zamiar wyjść na przepustkę i przemycić tabletki nasenne w staniku w dziurach na push-up. Tam na pewno by nic nie znaleźli. Gdybym zrobiła to tam, rodzice nie ponieśli by odpowiedzialności. Co najwyżej lekarze, a im współczuję, bardzo. Że muszą na to wszystko patrzeć, że są tak bezradni, że nawet oni nie są w stanie załatwić wielu spraw.
Personel jest strasznie przewrażliwiony na punkcie regulaminu, a szczególnie rzeczy zakazanych. Ta wrażliwość w pewnym momencie przerzuca się na ciebie. Gdy przyjechałam do szpitala, wiedziałam co mnie czeka, dlatego moment, kiedy zabierali mi większość rzeczy z torby przyjęłam z zimną krwią. Inna była reakcja mojej koleżanki. Rzucała się i krzyczała, że nie będzie oddawała swoich prywatnych rzeczy, a jej rodzice patrzyli na to jak na jakieś przedstawienie. Dla niektórych to naprawdę ciężkie, każą ci oddać telefon, wszystkie kolczyki, pilniczek, lakier do paznokci, kosmetyki w sprayu(można się naćpać), muzyczny sprzęt przenośny i słuchawki(ktoś może je połknąć) czy maszynki do golenia. Ogólnie, jeśli nie zamierzasz przemycić czegoś przed przyjściem do szpitala, to pozostają ci tylko odwiedziny czy przepustki. A jeśli pielęgniarki cię nakryją, to sprawa z głowy. Nie ma się nawet co kłócić, bo one swoje widziały, a argument „Nie da się zabić tym i tym” nic tu nie pomoże.

*

Czasami w życiu każdego młodego człowieka przychodzi taki dzień. To tak, jakby wylosować odpowiedni los na loterii. Budzisz się i już wiesz, już wszystko jest jasne. Świeci słońce, jesteś szczęśliwy i wiesz, że dziś jest idealny dzień, aby umrzeć. Trudno jest cię odciągnąć od tej myśli, z uśmiechem chcesz wejść pod samochód, podciąć żyły czy wziąć zamiast jednej tabletki, całą garść. Te dni w moim życiu ostatnio zdarzają się coraz częściej, bywa że są następstwem wczorajszych napadów. To trochę taki kac, wczoraj było źle, a dziś tą twoją nie-żywość wypełnia zaledwie kilka myśli. Czujesz się lekki, pewny siebie, idealny, a mimo to cały dzień walczysz, aby nic sobie nie zrobić. Może myślicie, że skoro tak jest to wcale nie chcecie umierać, ale to nie prawda. Każdy chce. Każdy chce umrzeć i każdy chce, albo powinien tę myśl jakoś wykorzystać. Dni kiedy chcesz umrzeć mniej więcej do zmroku dodają ci energii, możesz wtedy więcej niż zwykle, bo przecież reszta jest bez znaczenia. Dopiero gdy wrócisz do domu, po całym dniu zmagań ponad siłę, opadasz na kanapę, jak wysuszony kwiat. Wypompowany, niezadowolony, padasz i widzisz to jedno, jedyne rozwiązanie. Koniec. Czy chcesz czy nie, znów musisz walczyć, tak mocno walczyć, aby tylko przetrwać. Gorzej, jeśli się oddasz tej pokusie, pociągniesz kolejny los, a tym razem wszystkie losy są takie same. Wystarczy mieć tę chęć, oddać się chwili, dać się ponieść i na pstryknięcie palcami, na stukot pantofelków, odlecieć. Umrzeć. Tak, o. Najzwyczajniej w świecie. Żegnajcie.

1 komentarz:

  1. Nie zamierzam komentować twoich postów, nie tutaj, nie publicznie. Ale chętnie nawiązałabym korespondencję mailową.
    Znam psychiatryk, kiedyś spełniło się moje marzenie, kiełkujące od czasu pierwszego obejrzenia Przerwanej lekcji muzyki.
    Tylko w moim szpitalu nie było mieszanych oddziałów. Faceci byli w osobnym budynku, a szkoda.
    konfuzja@onet.pl - jeśli zechcesz, skontaktujesz się ze mną.

    OdpowiedzUsuń