czwartek, 17 maja 2012

Terapie.



Terapie, terapie, terapie. Leczmy się, ale wspólnie. Sala dużej terapii zawsze przyjmie cię z otwartymi ramionami, zawsze będzie tam dziwnie zimno i zawsze wyjdziesz stamtąd przygnębiony.
Uwaga, uwaga, za moment zaczynamy muzykoterapię! Zapraszamy do sali! Usiądźmy wszyscy w kole, na swoich krzesłach wygodnie i do roboty. Pacjenci nie patrzą na siebie, patrzą w podłogę. Owinięci pod nos w koce, schowani na krzesłach, pragną bycia niewidzialnymi. Między pacjentami siedzi terapeutka i pielęgniarka, która w sumie nie bardzo wie co dzieje się na około. Na początku, każdy z nas przedstawia się z imienia i jeśli chce może powiedzieć dlaczego się tu znalazł. To takie przypomnienie i jednocześnie oswojenie nowych osób. Na zajęciach zawsze mówimy o regułach tu panujących, o tym, że trzeba się wyciszyć, egoistycznie skupić na sobie, nie nosić rozpraszaczy jak telefon, czy nie rzuć gum do żucia, bo wtedy nasze emocje przenoszą się na szczękę i gorzej nam się otworzyć. Na pewno, mhm.
Wszyscy siedzą, zamykamy drzwi, słyszymy temat przewodni na dziś i puszczamy muzykę. Muzykę poważną. Chciałoby się coś spokojnego, ale zdarza się, że leci szybki, zmieniający tempo, psychodeliczny balet. Wtedy na niczym nie da się skupić i siedzenie w miejscu jest horrorem. Ja od czasu mojej pierwszej muzykoterapii nie jestem w stanie posłuchać nic klasycznego, drażni mnie to, sprawia, że jestem rozchwiana, chcę sobie coś zrobić i gdy czasem zdarzy się, że przy zasypianiu na imprezie czy przy znajomych usłyszę te proste, niegdyś piękne dźwięki zaraz zmieniam lokum. Wewnętrznie eksploduję. To jedno z takich wspomnień, które nigdy mnie nie puści.
Muzyka rozbrzmiewa jakieś siedem do dziesięciu minut. Na sali nikt się nie odzywa, dopiero gdy radio przestanie grać ten kto chce może zacząć temat. O czym myślałeś? I zaczynamy to drążyć, rozdrapujemy nie zagojone jeszcze rany, wchodzimy w głębię smutków każdego z nas. Zdarza się, że gdy kogoś słuchasz odnosisz wrażenie, że jego sytuacja jest bardzo podobna do twojej. Te same odczucia, to samo zdanie, te same marzenia. Tylko przyczyna ciut inna. Tu, na tych zajęciach wychodzą największe brudy. Z tym, że nie bardzo umiemy o tych brudach rozmawiać, więc zajmuje się tym terapeuta, a reszta słucha. Podczas półtorej godzinnych zajęć wypowiadają się dłużej góra trzy osoby. Czasami wychodzą w trakcie opowieści i już nie wracają, są wykończone. Znów uświadomiono im jak jest ciężko.
Podobnie jest na psychorysunku, ta sama terapeutka. Tym razem zamiast muzyki masz od siedmiu do dziesięciu minut na narysowanie czegoś pełnego emocji na dany temat. Twoja choroba. Twoje święta. Twoje cele. To co czujesz dziś. Wszystko. I to wszystko jest straszne. Większość obrazków to chory mętlik myśli, bazgroły, rozpisywanie długopisu na całej kartce. To ludzie i ty gdzieś daleko, bo co możesz myśleć o tym wszystkim, jak będąc tu jesteś bezradny. Nie możesz nic myśleć. Nie masz prawa.
Poza tymi terapiami była też praca w grupach, gdzie rozmawiało się od tak, ale dyskusja często spadała na jakiś film czy książkę. W szpitalu można też było uczęszczać na masaż, tylko dla dziewcząt, z olejkiem przy świecach i zabawę z ciałem. Zabawa z ciałem kończy się tylko na ładnej nazwie. Polega ona na tupaniu, krzyczeniu i wydurnianiu się przy wszystkich, tak o. By wyzwolić emocje, niby.

*
Moja indywidualna terapia nie szła najlepiej. Nie miałam potrzeby chodzenia do pani doktor, czekałam raczej aż przyjdzie do mnie. Wolałam spokojnie żyć w szpitalnej społeczności i nie martwić się niczym. Lecz jeśli szczerze chciałam wyjść to jednak ostatni tydzień mojego pobytu musiałam poświęcić całkowicie na terapie.
Siedziałam na fotelu, razem z doktor wpatrywałyśmy się w pająka, który zsuwał się z sufitu na kanapę. Ona zadawała mi pytania, a ja próbowałam jakoś zamaskować całą moją przeszłość. Nie lubię rozpamiętywać starych spraw. Skoro nauczyłam się z tym wszystkim żyć to po co do tego wracać? Pytała się kiedy to wszystko się zaczęło i przy jakich okolicznościach. Okoliczności były głupie i dziecinne, takie czasy. Zwalała winę na mój wiek, naprowadziła mnie też na pewną przyczynę. A mianowicie mojego psa, którego nie jestem wstanie oskarżyć o nic, bo już nie żyje. To absurdalne. Mieć myśli samobójcze przez siedem lat z powodu tego, że jako dziecko dostało się psa. Ale to takie dolewanie do kielicha, gromadzenie emocji i w końcu ten kielich się przelewa i w końcu jestem gdzie jestem.
Rozmawiamy i wcale nie czuję się lepiej. Czuję, że jeszcze bardziej udaję. Że jak nienawidzę, gdy ktoś mówi porównaniami, epitetami i jest artystyczny tak, że och i ach. Tak właśnie ja brzmię teraz. Nie jestem w stanie powiedzieć nic. Rzucam hasła, generalizuję, wszystko jest ogólne, wszystko porównuję do jakiś pierdół. Wszystko chowam do jednego worka i nie chcę nigdy już sprawdzać co jest w środku, nie i już.

*
Muszę dodać na koniec coś nowego, trochę osób zaczęło mnie czytać, więc wypadałoby się trochę wytłumaczyć. Na tym blogu zamieszczam fragmenty książki, którą napisałam po wyjściu z drugiego szpitala. Tamten był już o normalnej specjalizacji. Trafiłam tam po próbie samobójczej, która w dużej mierze była spowodowana przymusem powrotu do normalności na miesiąc po wyjściu z psychiatryka. To trochę długi temat, pewnie bliżej go opiszę za jakiś czas. Trzeba się otworzyć. Książkę napisałam w lutym, teraz ją moderuję i nie-chronologicznie wrzucam tutaj. Czasami nawet nie czytam. Nie byłabym w stanie opisać tych wszystkich sytuacji teraz. Nie chcę tam wracać. Miałam przekonanie, że powinnam. Miałam trzy skierowania powrotne, ale nie chcę. Szpital to nie rozwiązanie. Trzeba chcieć, a jak chcesz to już połowa sukcesu. Jest o wiele lepiej. Nie żyję tym wszystkim tak jak kiedyś. i w ogóle żyję. To też plus. Z perspektywy czasu widzę wszystko przez mgłę, to takie nierealne. To takie dziwne, że mam kontakt z częścią tamtych ludzi i poza schowanymi gdzieś we wnętrzu problemami czasami nawet nie zauważa się naszej nienormalności, naszego szaleństwa, wariactwa, choroby przez które dane było nam się poznać. Jeśli jednak się to zauważa to to tylko sprawia, że więcej dla mnie znaczą. Kocham Mojego Złodzieja Myśli. Widuję ją rzadko, ale tęsknię.
Kocham Darię, o której chyba jeszcze tu nie pisałam. Nie miałam od niej znaku życia od 4 miesięcy, bo siedzi w drugiej części Polski w ośrodku specjalnym, ale wróci. A ja czekam.
Czekam i tęsknię. i mimo, że nabrałam wcześniej wspomnianego dystansu to chcę mi się żyć i całe moje życie jestem w stanie poświęcić tym kilku osobom.

2 komentarze:

  1. Na temat treści nie wiem, co napisać. Gorąco kibicuję, że będzie z Tobą dobrze, że obecnie już tak jest, a jeśli nie... że odnajdziesz sens.
    Zapytam więc o książki - zamierzasz próbować je wydać?
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze... nie wiem. Miałam kiedyś taki plan, wydania jej i zapomnienia o tym wszystkim. Ale nawet mimo całej cenzury jaką staram się tu zastosować to chyba moja głowa nie jest jeszcze gotowa na taki ekshibicjonizm. Póki co, dopisuję wciąż. Historie tych ludzi stety-niestety nie kończą się na szpitalu.

      Usuń