niedziela, 29 kwietnia 2012

Wyjście.


Skaczę datami, przepraszam, ale trochę nie chcę do tego wracać, a trochę jednak dalej to we mnie siedzi. Piszę aktualnie książkę, kolejną, bo ta też na swój sposób jest, z tym, że chronologia umarła, a wiele rzeczy wciąż do niej dopisuję. Na-bie-ra-my dystansu.

*

Odliczanie dni, godzin, minut. Powtarzanie „chcę wyjść”, a zarazem myślenie, że nie chcesz się stamtąd ruszać, że jest nadzwyczaj dobrze, że nie znajdziesz lepszego miejsca. Nie tylko myślenie, to prawda. Nie ma lepszych miejsc niż szpital psychiatryczny. Ludzie czekają na ten dzień, kiedy wrócą do domu, a później marzą o powrocie. To takie absurdalne, wiem. Ale gdy tylko wyjdziesz, zaciągniesz się szarym powietrzem, zaraz uświadamiasz sobie swoje wszystkie słabości, zaraz zaczyna brakować ci ludzi, niesmacznego jedzenia, ścian, zajęć, terapii, zakopconych łazienek, wszystkiego. Wszystkiego ci brakuje, nieważne jak dobrze miałbyś w domu.
Gdy wychodziłam, jeszcze cały dzień żegnałam się z każdym po kolei, wymieniałam numerami, przytulałam. Załatwiłam im nawet papierosy przed wyjściem, gdy przyjechali rodzice czułam się szczęśliwa, a potem gdy pani doktor mnie odprowadziła i życzyła powodzenia było jeszcze lepiej. Wyszliśmy przez te same, ciężkie, metalowe drzwi. Gdy tylko się zamknęły z wielkim hukiem, ja w sercu poczułam ulgę. Szłam dumna przez szpitalny korytarz do wyjścia, ciągnęłam za sobą walizkę na kółkach i chciałam być jak najszybciej w samochodzie. Jak już wyszłam ze szpitala, obejrzałam się za siebie. Budynek był wielki i szary, nie przyglądałam mu się wcześniej, teraz też za bardzo nie chciałam. Ale, gdy zaciągnęłam się tym zimowym, szarym powietrzem, wsiadałam do samochodu i pomyślałam, że przecież dzisiaj już są święta, a ja nic nie zrobiłam, a w szpitalu zostawiłam przyjaciół, to automatycznie zrobiło mi się źle. Wrócił ten strach, paraliż emocjonalny, zaczęły się cisnął łzy do oczu, czy to nie normalne? Jechałam ponurą Warszawą, z okna samochodu przy Wisłostradzie obserwowałam niski poziom rzeki. Była zima, a na zewnątrz wyglądało jakbyśmy mieli październik, czyli od mojego pójścia do szpitala nic się nie zmieniło. Mimo to, chyba wolę ten żółty, przejaskrawiony szpitalny świat. Jest o niebo lepszy od nijakiej codzienności. Szczerze.

2 komentarze:

  1. przeczytałem wszystko i się popłakałem, przypomnialas mi wszystko to czego mi tak bardzo brakuje.wydaje sie ze nic juz nie zastąpi tych ludzi i tej zadymionej łazienki.
    nie poddawaj się i trzymaj się jakoś mimo wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co za tym tęsknić, szpitale nie pomagają, a takich ludzi jak tam trzeba jakoś znaleźć koło siebie. Bo bycie z nimi zawsze jest niestety niemożliwe. Mi już o wiele lepiej, jest poprawa od jakiegoś miesiąca. Tobie też powodzenia i głowa do góry!

      Usuń