niedziela, 13 maja 2012

Jednak nie tak fajnie.


Wróćmy do jedynki. Jedynka była moim wymarzonym pokojem. Gdy zwolniły się tam dwa miejsca, a pielęgniarki zgodziły się, abym przeniosła tam swoje rzeczy. Gdy już to zrobiłam, moja doktor stwierdziła, że nie mogę tego zrobić i muszę wracać do czwórki, na dostawiane łóżko polowe. W jedynce najważniejszą osobą był Mój Złodziej Myśli, był mi potrzebny i ja byłam jej potrzebna, chociażby przy odrabianiu lekcji. Ona była rudą, bladą dziewczyną z kolorowymi soczewkami. Ja byłam źle pofarbowaną, schowaną w bluzach sobą i przesiadywałam na jej łóżku. Poza nią w pokoju była jeszcze Karina, wiecznie spokojna, ale też strasznie zabawna dziewczyna z drugiego końca Polski, imprezowiczka. Do tego dochodziła Marlena, którą znałam już przed szpitalem, moje wielkie wsparcie przez pierwszy tydzień. Jeszcze bardziej energiczna, jeszcze bardziej imprezowiczka. Buntowała się przeciw wszystkiemu, nie zawsze słusznie, ale to bez znaczenia. Uwielbiałam ją, była dla mnie jak młodsza siostra. Mogłyśmy opowiedzieć sobie wszystko, wesprzeć się w każdej sprawie, miałyśmy wspólnych znajomych, więc nie obyło się bez ploteczek, pisania smsów i ciągłych żartów. Zawsze chodziłyśmy razem na Tobiasza. Ja, Złodziej Myśli i ona. Kładłyśmy się czasem na jej łóżku, jadłyśmy słone przekąski i zastanawiałyśmy się jak to będzie. Co się stanie jak wyjdziemy? Przecież teraz, gdziekolwiek idziesz, cokolwiek robisz, robisz to z nimi. Ciekawe czy będziemy się spotykać? Jak będziemy się dogadywać? Były to takie ciche zastanowienia, myśli wyrwane w trakcie czytania różnych, pożyczanych od siebie książek.
Poza powyższą trójką w pokoju była jeszcze Weronika, chora na depresje. W sumie jej problem był podobny do mojego, miała dużo ambicji, ale gdy coś szło nie tak, ona od razu się zniechęcała. Nie miała aż tak złego życia, przynajmniej jak je opisywała. Tak samo ja, nie było takie złe. Z pozoru. I tak, nasze myśli nas dołowały i często musiałyśmy usiąść razem i porozmawiać.
To była moja ukochana część jedynki, pierwszej mojej generacji. To z nimi spędzałam cały czas, u nich poprawiałam sobie humor, przesiadywałam bez celu. To do nich chodziłam po papier toaletowy, mydło, ręcznik czy aby zabrać kogoś na papierosa. To z nimi przeżyłam cały grudzień i zapewne dzięki nim.
Co wieczór, gdy szłyśmy się myć nigdy nie zmywałyśmy makijażu. Wchodziłyśmy pod prysznic, moczyłyśmy głowy, czyściłyśmy się, a później wychodziłyśmy jako pandy. Jako pandy też otwierałyśmy okno w zaparowanej łazience i paliłyśmy ostatniego papierosa. Na dobranoc. Były plotki w ręcznikach i szlafrokach. Było komentowanie swojego ciała. „Masz ładne kolana.” Były mokre uściski, ślizganie się i wszystko czego potrzeba do poprawienia sobie humoru. To taki trochę obóz czy kolonie. Wieczna zabawa, wiecznie ludzi, a te problemy gdzieś z tyłu głowy, ukryte choć na chwile. Niedostępne.
*
Marlena, czarnowłosa, opalona dziewczyna o zielonych oczach, o niepolskiej urodzie należała też to pierwszej generacji jedynki. Miała dopiero 14 lat, w szpitalu znalazła się przed nadwrażliwość rodziców. To był już jej drugi szpital o tej samej specjalizacji, ale tu na starcie trafiła na mnie co było cudowne.
Jaki był problem Marleny? Ona swojego problemu raczej nie widziała, bo zachowywała się jak większość nastolatków w tych czasach. Dużo imprez, dużo picia, dużo palenia i czasami narkotyki. Poza tym seks i rock and roll! To nic niezwykłego jak na trzecie stulecie, w którym żyjemy. A jeśli czegoś się nadużyje to powinno się trafiać na odwyk, a nie do szpitala. W tym przypadku zapewne nie było nadużycia.
W wakacje przed szpitalem dużo imprezowałam z Marleną, myślałam też, że jest o dwa lata starsza. Zachowywała się jak każdy młody człowiek w Polsce czy za granicą. Każdy w tym wieku lubi się poniszczyć, dosięgnąć dna czy sprawdzić granice wytrzymałości. Całować się z kim popadnie, czasami też kochać się z kim popadnie. Jesteśmy z założenia zbyt nieszczęśliwi, aby być w stałym związku. Jak nie w tym wieku się wyszaleć to kiedy? Ciągle zbieramy doświadczenia i uczymy się na błędach, taki czas.
Rodzice Marleny byli strasznie miłymi ludźmi, ale ona ich nienawidziła. Ciągle przeklinała, narzekała i wykłócała się o wszystko. To niezrozumiałe, gdy patrzy się na to z boku, ale jednak oni na siłę zostawili ją w tym szpitalu tak trochę bez powodu. Większość nastolatków jest w stanie za to znienawidzić swoich rodziców. Za szukanie problemów na siłę, za to że oni zawsze wiedzą lepiej.
Marlena wyszła po tygodniu, nieco ponad tygodniu pobytu. Poradziła sobie i pomogła wspierając wiele osób. Dowiedziała się niestety chwilę przed wyjściem, że ma zaczątki padaczki. Spowodowanej alkoholem, a jak inaczej. Mimo to jak wyszła poszła dalej w świat imprezować, a ja pewnie znów spotkam ją na wakacyjnym ognisku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz