Wróćmy
do jedynki. Jedynka była moim wymarzonym pokojem. Gdy zwolniły się
tam dwa miejsca, a pielęgniarki zgodziły się, abym przeniosła tam
swoje rzeczy. Gdy już to zrobiłam, moja doktor stwierdziła, że
nie mogę tego zrobić i muszę wracać do czwórki, na dostawiane
łóżko polowe. W jedynce najważniejszą osobą był Mój Złodziej
Myśli, był mi potrzebny i ja byłam jej potrzebna, chociażby przy
odrabianiu lekcji. Ona była rudą, bladą dziewczyną z kolorowymi
soczewkami. Ja byłam źle pofarbowaną, schowaną w bluzach sobą i
przesiadywałam na jej łóżku. Poza nią w pokoju była jeszcze
Karina, wiecznie spokojna, ale też strasznie zabawna dziewczyna z
drugiego końca Polski, imprezowiczka. Do tego dochodziła Marlena,
którą znałam już przed szpitalem, moje wielkie wsparcie przez
pierwszy tydzień. Jeszcze bardziej energiczna, jeszcze bardziej
imprezowiczka. Buntowała się przeciw wszystkiemu, nie zawsze
słusznie, ale to bez znaczenia. Uwielbiałam ją, była dla mnie jak
młodsza siostra. Mogłyśmy opowiedzieć sobie wszystko, wesprzeć
się w każdej sprawie, miałyśmy wspólnych znajomych, więc nie
obyło się bez ploteczek, pisania smsów i ciągłych żartów.
Zawsze chodziłyśmy razem na Tobiasza. Ja, Złodziej Myśli i ona.
Kładłyśmy się czasem na jej łóżku, jadłyśmy słone przekąski
i zastanawiałyśmy się jak to będzie. Co się stanie jak
wyjdziemy? Przecież teraz, gdziekolwiek idziesz, cokolwiek robisz,
robisz to z nimi. Ciekawe czy będziemy się spotykać? Jak będziemy
się dogadywać? Były to takie ciche zastanowienia, myśli wyrwane w
trakcie czytania różnych, pożyczanych od siebie książek.
Poza
powyższą trójką w pokoju była jeszcze Weronika, chora na
depresje. W sumie jej problem był podobny do mojego, miała dużo
ambicji, ale gdy coś szło nie tak, ona od razu się zniechęcała.
Nie miała aż tak złego życia, przynajmniej jak je opisywała. Tak
samo ja, nie było takie złe. Z pozoru. I tak, nasze myśli nas
dołowały i często musiałyśmy usiąść razem i porozmawiać.
To
była moja ukochana część jedynki, pierwszej mojej generacji. To z
nimi spędzałam cały czas, u nich poprawiałam sobie humor,
przesiadywałam bez celu. To do nich chodziłam po papier toaletowy,
mydło, ręcznik czy aby zabrać kogoś na papierosa. To z nimi
przeżyłam cały grudzień i zapewne dzięki nim.
Co
wieczór, gdy szłyśmy się myć nigdy nie zmywałyśmy makijażu.
Wchodziłyśmy pod prysznic, moczyłyśmy głowy, czyściłyśmy się,
a później wychodziłyśmy jako pandy. Jako pandy też otwierałyśmy
okno w zaparowanej łazience i paliłyśmy ostatniego papierosa. Na
dobranoc. Były plotki w ręcznikach i szlafrokach. Było
komentowanie swojego ciała. „Masz ładne kolana.” Były mokre
uściski, ślizganie się i wszystko czego potrzeba do poprawienia
sobie humoru. To taki trochę obóz czy kolonie. Wieczna zabawa,
wiecznie ludzi, a te problemy gdzieś z tyłu głowy, ukryte choć na
chwile. Niedostępne.
*
Marlena,
czarnowłosa, opalona dziewczyna o zielonych oczach, o niepolskiej
urodzie należała też to pierwszej generacji jedynki. Miała
dopiero 14 lat, w szpitalu znalazła się przed nadwrażliwość
rodziców. To był już jej drugi szpital o tej samej specjalizacji,
ale tu na starcie trafiła na mnie co było cudowne.
Jaki
był problem Marleny? Ona swojego problemu raczej nie widziała, bo
zachowywała się jak większość nastolatków w tych czasach. Dużo
imprez, dużo picia, dużo palenia i czasami narkotyki. Poza tym seks
i rock and roll! To nic niezwykłego jak na trzecie stulecie, w
którym żyjemy. A jeśli czegoś się nadużyje to powinno się
trafiać na odwyk, a nie do szpitala. W tym przypadku zapewne nie
było nadużycia.
W
wakacje przed szpitalem dużo imprezowałam z Marleną, myślałam
też, że jest o dwa lata starsza. Zachowywała się jak każdy młody
człowiek w Polsce czy za granicą. Każdy w tym wieku lubi się
poniszczyć, dosięgnąć dna czy sprawdzić granice wytrzymałości.
Całować się z kim popadnie, czasami też kochać się z kim
popadnie. Jesteśmy z założenia zbyt nieszczęśliwi, aby być w
stałym związku. Jak nie w tym wieku się wyszaleć to kiedy? Ciągle
zbieramy doświadczenia i uczymy się na błędach, taki czas.
Rodzice
Marleny byli strasznie miłymi ludźmi, ale ona ich nienawidziła.
Ciągle przeklinała, narzekała i wykłócała się o wszystko. To
niezrozumiałe, gdy patrzy się na to z boku, ale jednak oni na siłę
zostawili ją w tym szpitalu tak trochę bez powodu. Większość
nastolatków jest w stanie za to znienawidzić swoich rodziców. Za
szukanie problemów na siłę, za to że oni zawsze wiedzą lepiej.
Marlena
wyszła po tygodniu, nieco ponad tygodniu pobytu. Poradziła sobie i
pomogła wspierając wiele osób. Dowiedziała się niestety chwilę
przed wyjściem, że ma zaczątki padaczki. Spowodowanej alkoholem, a
jak inaczej. Mimo to jak wyszła poszła dalej w świat imprezować,
a ja pewnie znów spotkam ją na wakacyjnym ognisku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz