środa, 30 maja 2012

Nieuleczalni, chorzy na wszystko.


Jestem praktycznie pewna, że nigdy nic mi nie pomoże. Całe moje myślenie zawsze w pewnym stopniu zahacza o szpital, wszystkie opinie, wszystkie filmy, które oglądam, wszystkie piosenki, wszyscy ludzie i wszystkie rozmowy, wszystko co robię jest widziane przez pryzmat szpitala, na nic już nigdy nie spojrzę normalnie, jak kiedyś. Myślałam, że znajomi naszyją mi łatkę „wariatki”, ale prawda jest taka, że sama ją sobie naszyłam. Mam ochotę powiedzieć całemu światu, że jest jak jest, bo tak naprawdę już nie mam co ukrywać. Nie chcę łagodzić wielu sytuacji, nie chcę zmieniać nastawienia ludzi do mnie, ale chyba lepiej byłby jakby wiedzieli.
Za kilka miesięcy będę się tatuować. Na pewno zrobię sobie coś co będzie związane z pobytem w szpitalu. Ptak w klatce? Możliwe, bo ja wiem, że tam wrócę. To takie oczywiste, nie wytrzymam w realności. Potrzeba mi internatu, odosobnienia, albo powrotu do szpitala. Tak, jak dalej mam tę pewność, że umrę przez samobójstwo, tak wiem, że tam wrócę. Ale co będzie gdy wrócę, a tamtych ludzi już nie będzie? Gdy będę nowa, sama? Znów będzie trzeba zacząć od podstaw, znów będzie trzeba znaleźć swoje miejsce, odnaleźć się i znów kiedyś będzie trzeba ich opuścić. Żałuję, że nie można tam mieszkać w nieskończoność. Z tymi samymi osobami. Zaczynanie nowego życia tam jest z pewnością łatwiejsze niż tu. Bo tu, jakkolwiek gruby i wielki nie byłby ten mur odgradzający nas od przeszłości, tak dalej wszystko będzie szło tą samą ścieżką i dawne sytuacje będą się jedynie namnażać. Znów nie wiem co mam robić. Związane ręce.
*

Spotkałam się z dziewczynami tylko raz, tylko z nową generacją. Żyjemy samym szpitalem. O niczym innym nie mówimy, o niczym innym nie myślimy. Sądzę, że jakby zakazano nam o tym rozmawiać to siedziałybyśmy w ciszy. Mimo to, uwielbiamy się. Tęsknimy i chcemy widywać się jak najczęściej. Niemożliwe jednak jest spotkanie tych wszystkich ludzi kolejny raz. Sporo osób chce zapomnieć o pobycie tam, izoluje się. Słuchałam co mówiły dziewczyny, które spotkały się z nami będąc na przepustce. Do szpitala wracają ludzie, którzy wychodzili kiedy ja przychodziłam. Nie radzą sobie. Też sobie nie radzę, też bym wróciła, to miejsce było jak powietrze, a ja...
Nie umiem wbić się w tempo obecnego życia, nie jestem w stanie do niego wrócić, nie jestem w stanie normalnie zasypiać, nie jestem w stanie zwyczajnie funkcjonować. Zagryzam, przegryzam, zapijam wargi. Po cichu chcemy znów dążyć do doskonałości, a tak naprawdę jesteśmy nieuleczalni. Odporni na leki, na świat, a zwłaszcza na szpital. Nigdy się nie zmienimy, chcemy tam wrócić, ale nie chcemy się leczyć. Tam jest nasz świat, w tych czterech ścianach, zawsze wybieramy drogę pod prąd, zawsze pod górkę, czasami jedziemy windą, ale mimo to większą część trzeba przejść na nogach. Wiecznie młodzi, wiecznie inni, wiecznie chorzy i tak aż do zatracenia.


*
Powyższy tekst stracił trochę na aktualności, pisałam go w lutym. Ile czasu by nie minęło ile razy nie myślałabym, że świat jest piękny. Ile razy nie rezygnowałabym z wizyt u psychologa czy psychiatry pod pretekstem, że nic mi nie jest, że po co się zadręczać. Tak znowu całe zło i wady rzeczywistości przysłoniły mi oczy na słońce. To już pół roku od wyjścia. Dokładnie. Dalej źle, dalej kuszą tabletki, kusi nawet mały haczyk, który jest zamontowany u mnie na suficie. Napędza nienawiść do ludzi, napędza fakt, że nie umiem im ufać, że nie umiem ich kochać. Wszystko. Papierosy też napędzają. I nadzieja na lepsze jutro też napędza. Wszystko do mnie krzyczy i woła "Wróć do szpitala, póki możesz, póki nie jesteś pełnoletnia!" a to coraz bliżej.
i schizy znów się pojawiły i ta chora obecność, nieustające obserwowanie mnie i wchodzenie do mojej głowy. Gdybym to powiedziała psychiatrze, której notabene nie widziałam dwa miesiące to pewnie tak jak ostatnio zaleciłaby mi herbatki ziołowe jako lek na wszystko. 
Świat jest tak absurdalnie chory i spaczony, że stał się niemal żartem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz