Jestem
praktycznie pewna, że nigdy nic mi nie pomoże. Całe moje myślenie
zawsze w pewnym stopniu zahacza o szpital, wszystkie opinie,
wszystkie filmy, które oglądam, wszystkie piosenki, wszyscy ludzie
i wszystkie rozmowy, wszystko co robię jest widziane przez pryzmat
szpitala, na nic już nigdy nie spojrzę normalnie, jak kiedyś.
Myślałam, że znajomi naszyją mi łatkę „wariatki”, ale
prawda jest taka, że sama ją sobie naszyłam. Mam ochotę
powiedzieć całemu światu, że jest jak jest, bo tak naprawdę już
nie mam co ukrywać. Nie chcę łagodzić wielu sytuacji, nie chcę
zmieniać nastawienia ludzi do mnie, ale chyba lepiej byłby jakby
wiedzieli.
Za
kilka miesięcy będę się tatuować. Na pewno zrobię sobie coś co
będzie związane z pobytem w szpitalu. Ptak w klatce? Możliwe, bo
ja wiem, że tam wrócę. To takie oczywiste, nie wytrzymam w
realności. Potrzeba mi internatu, odosobnienia, albo powrotu do
szpitala. Tak, jak dalej mam tę pewność, że umrę przez
samobójstwo, tak wiem, że tam wrócę. Ale co będzie gdy wrócę,
a tamtych ludzi już nie będzie? Gdy będę nowa, sama? Znów będzie
trzeba zacząć od podstaw, znów będzie trzeba znaleźć swoje
miejsce, odnaleźć się i znów kiedyś będzie trzeba ich opuścić.
Żałuję, że nie można tam mieszkać w nieskończoność. Z tymi
samymi osobami. Zaczynanie nowego życia tam jest z pewnością
łatwiejsze niż tu. Bo tu, jakkolwiek gruby i wielki nie byłby ten
mur odgradzający nas od przeszłości, tak dalej wszystko będzie
szło tą samą ścieżką i dawne sytuacje będą się jedynie
namnażać. Znów nie wiem co mam robić. Związane ręce.
*
Spotkałam
się z dziewczynami tylko raz, tylko z nową generacją. Żyjemy
samym szpitalem. O niczym innym nie mówimy, o niczym innym nie
myślimy. Sądzę, że jakby zakazano nam o tym rozmawiać to
siedziałybyśmy w ciszy. Mimo to, uwielbiamy się. Tęsknimy i
chcemy widywać się jak najczęściej. Niemożliwe jednak jest
spotkanie tych wszystkich ludzi kolejny raz. Sporo osób chce
zapomnieć o pobycie tam, izoluje się. Słuchałam co mówiły
dziewczyny, które spotkały się z nami będąc na przepustce. Do
szpitala wracają ludzie, którzy wychodzili kiedy ja przychodziłam.
Nie radzą sobie. Też sobie nie radzę, też bym wróciła, to
miejsce było jak powietrze, a ja...
Nie
umiem wbić się w tempo obecnego życia, nie jestem w stanie do
niego wrócić, nie jestem w stanie normalnie zasypiać, nie jestem w
stanie zwyczajnie funkcjonować. Zagryzam, przegryzam, zapijam wargi.
Po cichu chcemy znów dążyć do doskonałości, a tak naprawdę
jesteśmy nieuleczalni. Odporni na leki, na świat, a zwłaszcza na
szpital. Nigdy się nie zmienimy, chcemy tam wrócić, ale nie chcemy
się leczyć. Tam jest nasz świat, w tych czterech ścianach, zawsze
wybieramy drogę pod prąd, zawsze pod górkę, czasami jedziemy
windą, ale mimo to większą część trzeba przejść na nogach.
Wiecznie młodzi, wiecznie inni, wiecznie chorzy i tak aż do
zatracenia.
*
Powyższy tekst stracił trochę na aktualności, pisałam go w lutym. Ile czasu by nie minęło ile razy nie myślałabym, że świat jest piękny. Ile razy nie rezygnowałabym z wizyt u psychologa czy psychiatry pod pretekstem, że nic mi nie jest, że po co się zadręczać. Tak znowu całe zło i wady rzeczywistości przysłoniły mi oczy na słońce. To już pół roku od wyjścia. Dokładnie. Dalej źle, dalej kuszą tabletki, kusi nawet mały haczyk, który jest zamontowany u mnie na suficie. Napędza nienawiść do ludzi, napędza fakt, że nie umiem im ufać, że nie umiem ich kochać. Wszystko. Papierosy też napędzają. I nadzieja na lepsze jutro też napędza. Wszystko do mnie krzyczy i woła "Wróć do szpitala, póki możesz, póki nie jesteś pełnoletnia!" a to coraz bliżej.
i schizy znów się pojawiły i ta chora obecność, nieustające obserwowanie mnie i wchodzenie do mojej głowy. Gdybym to powiedziała psychiatrze, której notabene nie widziałam dwa miesiące to pewnie tak jak ostatnio zaleciłaby mi herbatki ziołowe jako lek na wszystko.
Świat jest tak absurdalnie chory i spaczony, że stał się niemal żartem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz