Dzień
szósty. Tłumiłam w sobie wszelkie emocje przez całe 5 dni i tego
dnia nagle wybuchłam. Zabrali mi łóżko z pokoju dla jakiegoś
przećpanego palanta. Rozłożyłam sobie na ziemi koc i położyłam
się. Robiłam tak czasami w domu, to całkiem przyjemne. Tylko, że
gdy leżysz to myślisz, a ja jak myślę to robi się źle, bo
wspominam, a jak wspominam to włącza się moja druga część,
która morduje pierwszą, tą codzienną, mordując jednocześnie
mnie.
Zgromadzili
się nade mną ludzie:
- Rybko, wstawaj – powiedział jeden pielęgniarz ze zmartwionym wąsem.
- Nie – odparłam i czekałam tak, płacząc póki nie wyjdą z pokoju. Bez znaczenia było co pomyślą i co zapiszą w raporcie, było mi po prostu źle. Bez powodu.
Po
pół godziny leżenia na podłodze poszłam po Marlenę i weszłyśmy
do łazienki. Kabiny miały takie drewniane, otwierane na dwie strony
drzwi jak w westernach, a ostatnia na wprost wejścia była
największa, więc była naszym stałym miejscem. Usiadłyśmy na
parapecie i odpaliłyśmy Tobiasza, po jednym, a co, jest źle.
- Co się dzieje, El?
- Właśnie nic, to po prostu tak. Zaatakowało mnie i już, nienawidzę siebie. Chcę umrzeć.
- Ej, Elize. Nie martw się. Pomyśl o ludziach, którzy cię kochają. Nawet nie wiesz jak twoja obecność tutaj mi pomogła, nie możesz sobie nic zrobić.
- To bez znaczenia. Jak chcesz umrzeć, to nic nie ma znaczenia. Bo jeśli by miało to tak naprawdę nie chcesz umierać. A ja chcę. - trzęsłam się, ale mimo to odpaliłam jednego papierosa od drugiego.
- Ma znaczenie. Kurwa, ogarnij się! - trudne jest pocieszanie kogoś w moim stanie, ale mimo to doceniam starania tej koleżanki.
- Nie – wypaliłam – zaraz zemdleję, za dużo.Wyszłyśmy natychmiast z łazienki, spuszczając pety w toalecie i przeniosłyśmy się do jedynki. Nie pamiętam momentu przejścia przez korytarz. To było niczym teleportacja. Siedziałam między łózkami z rękami na twarzy, było mi słabo, a łzy ciekły bez powodu. Trochę się dusiłam, trochę nie ogarniałam, ale nie był to zwykły napad. Na około mnie stała kolejna masa osób, zabierając powietrze i starając pocieszyć. Ale to nierealne, kiedy nie wiesz dlaczego się tak czujesz. Kiedy problemem jesteś dla siebie ty-sam.
Trzy,
dwa, jeden, trzy, trzy, dwa, detonacja.
Kolejna
teleportacja, usiadłam na korytarzu, gdzieś w kącie, wyciągnęłam
mój telefon i zadzwoniłam do brata. Jego spokojny głos dodał mi
otuchy. Mimo to strasznie drżałam, nie mogłam się opanować,
komórkę ledwo co trzymałam w dłoni. Moje słowa były przerywane
wielkimi i rzadkimi wdechami powietrza. Paznokcie wolnej dłoni
wbijałam w udo, jak-naj-moc-niej, jak-naj-głę-biej. Gdy moja ręka
już traciła siły, a telefon co chwile spadał na ziemię, musiałam
jedną trzymać drugą, aby unormować drgania. To był horror, byłam
rozmazana, spocona, przerażona i opowiadałam tylko o nienawiści do
siebie. Pocierałam ciałem o lekko rozwalony róg drewnianej ściany,
co powodowała czerwone ślady na skórze.
„Nienawidzę
siebie, to nie takie łatwe, kiedy samemu zżerasz się od środka.
Chcę być królem świata, władać ludźmi, a nie umiem władać
sobą, nawet nie wiesz jakie to ciężkie. Dusze się, nie radzę
sobie, totalnie, banalnie, nie wiem co jest grane. Nawet lekarze
tutaj mają mnie w dupie, trzęsę się i wiesz? Ja nie wiem, nie
chciałabym teraz siebie widzieć, bo wyglądam fatalnie. To coś
mnie przygniata, wiesz, jestem taką gąbką, nasiąkam tymi
wszystkimi emocjami, chowam je, a w pewnym momencie ktoś zaczyna
walić w nią młotem, póki nie wypłynie cała ta woda. Z całym
tym życiowym syfem, od którego jestem zależna. Chcę umrzeć, to
straszne, nie chcę być sobą, chyba chcę jakieś pieprzonej
lobotomii, bo chyba tylko to jest mi w stanie pomóc.”
Nie
słabłam. Zaczęłam opowiadać bratu o swoich marzeniach, a nagle
dosłyszałam głosy dwóch chłopaków, którzy leżeli na korytarzu
przypięci do łóżek.
- Proszę pani! Nie mogę spać! Ktoś tu cały czas gada! - jest dopiero 21, czego oni wymagają, też mam problemy!
- Nie gadaj tyle! Każdy chciał być kiedyś lekarzem! - zawołał drugi i to przeważyło szalę.
- Pierdolcie się wszyscy...! - krzyknęłam, wyzwałam ich jakoś i poszłam do pokoju. W pokoju nie było lepiej. Potrzebowałam tabletek. Ostatecznie poszłam do kantorka pielęgniarek, zadzwoniono do mojej pani doktor prowadzącej i dano mi tabletki na uspokojenie. Dalej cała drżałam, zgnębiłam jakąś dziewczynę, gdy przyszła i pytała o głupoty, mówiłam „Siemka, też masz ochotę wydłubać sobie oczy, bo ja tak.” Mieli mnie chyba dość, ale czasami trzeba poczuć się tym biednym i chorym. Sam fakt, że jestem w takim szpitalu sprawia, że mam do tego prawo. Nie powinni oceniać kto tu jest bardziej, albo mniej chory. I tak, dla mnie niektórzy tam są zwyczajnie przećpani.
Dziwię się, że tak mało osób czyta/komentuje Twojego bloga. To co piszesz tutaj jest straszne i niesamowite zarazem. Zawsze zastanawiałam się jak jest w takim szpitalu, dzięki Tobie mogę się przybliżyć do Twoich uczuć, ale i tak nigdy nie będę w pełni świadoma tego co tam się dzieje.
OdpowiedzUsuńDzięki za miłe słowa. Nie czytają, bo go nie znają. Nie ma żadnych reklam, nic, zawsze będzie ukryty, tylko dla ciekawskich. To chyba dobrze, jeszcze komuś się zachce iść do takiego szpitala.
Usuńświetny blog, pisz dalej bo to co piszesz jest bardzo ciekawe i intrygujące.
OdpowiedzUsuńCiekawe i intrygujące? Myślisz, że ona - Elize napisała to wszystko, bo chciała, żeby ktoś określił jej przeżycia jako "ciekawe i intrygujące"? Wybacz mi te słowa, ale płytkość Twojego myślenia mnie powaliła. To nie jest książka, która ma zainteresować czytelnika, to coś więcej, to coś, co ona robi dla samej siebie. Elize, dziękuję Ci za to, co napisałaś. Dzięki Tobie uświadomiłam sobie jak bardzo moje nie-idealne życie jest idealne i szczęśliwe. Życzę Ci, byś kiedyś mogła dojść do podobnych wniosków. I pisz dalej - dla siebie.
Usuń